Po ponad 6 miesiącach niepisania wróciłam. Zaczynam myśleć, że zawsze będę wracać. Nigdy nie uwolnię się z blogosfery. Co ciekawe moje najlepsze i najciekawsze posty powstawały właśnie w takich okresach życia, jaki przeżywam obecnie. I broń boże nie mam nic przeciwko blogom, kocham blogi. W zasadzie pierwszego bloga założyłam około 10 lat temu i od tamtego czasu gdzieś w cyberprzestrzeni zawsze był bardziej lub mniej zaniedbany blog podpisany moim nickiem. Więc zaczynam myśleć, że tak powinno być. Maja zawsze powinna mieć jakieś miejsce do którego może wrócić, stałą w której może się uzewnętrzniać bez granic. Aczkolwiek niewiele ma to wspólnego z autopromocją.
Pierwszy post po przerwie zawsze jest trudny.Tak jakby dało się zaktualizować "swoje życie" i w jednym wpisie zawszeć 6 miesięcy i 19 dni. Ale spróbuję. Nawet jeśli będzie koślawo i niechronologicznie. Zresztą zamierzam zaktualizować tylko najważniejsze kwestie i zmiany. Reszta wyjdzie w praniu.
Zatem update <w tym miejscu powinny zabrzmieć fanfary>.
Ponownie jestem sama. Może nie samotna, ale sama. Moja "do niedawna" druga połówka po 3 latach razem stwierdziła, że jednak nie jesteśmy tak idealnie dopasowani jak mi się wydawało. Tak jakbym przez ten cały czas żyła w jakiejś równoległej czasoprzestrzeni. No cóż. Bywa. Po parunastu dniach otępienia, przeżywania rozstania, trawienia wszystkich gorzkich słów które miałam okazję przeczytać na swój temat wyrwanych z głowy właśnie mojego Lukasa, w końcu mniej więcej po świętach Bożego Narodzenia pozbierałam się i posklejałam dość mocno. I póki co się trzymam. Jesteśmy przyjaciółmi. Przynajmniej staramy się być, z różnym efektem. Czas pokaże jak nam to wychodzi.
Pięć miesięcy mieszkania w Niemczech przeleciało w mgnieniu oka. Pracuję jako niania 4 delikatnie mówiąc ciężkich dzieci. Ale jakoś sobie radzę. O dziwo język też wcale nie gryzie jak się zmieni do niego podejście. Niemiecki idzie mi coraz lepiej, a śmiem twierdzić, że dzięki kontaktowi z dziećmi nawet ze zdwojoną prędkością. Mimo wszystko jednak zamierzam iść na kurs, żeby zdobyć certyfikat. Choćbym nie wiem jak dobrze mówiła, umiejętność pisania jest równie ważna. A tego niestety przy dzieciach się nie nauczę. Powoli też, dzięki Nici zaczynam budować swoje życie towarzyskie na nowo. W końcu mając 20 lat nie mogę być no-life'm!
Uczę się do poprawy matury. W tym roku walczę z biologią. I myślę, że to znów będzie klapa. Klapa nie klapa. Po prostu mam złe przeczucia. Po pierwsze nie zdążyłam kupić podręczników jak byłam w Polsce, a poza tym, przez chwilową niemoc i brak motywacji straciłam strasznie dużo czasu. Ale mimo wszystko podejdę. Jak nie w tym roku to w przyszłym razem z chemią i matematyką.
Odchudzam się, ale to żadna nowość, bo ciężko znaleźć w moim życiu okres bez diety i ćwiczeń. Tym razem mam nadzieję, ostatni raz - jak zwykle mam taką nadzieję :)
Wróciłam też do słuchania zabójczej ilości muzyki. Ale to mnie nie dziwi tak samo jak pisanie tutaj ponownie. Zawsze gdy jestem smutna wracam do bloga i muzyki. Takie moje katharsis.
Plany na przyszłość? Paryż, Londyn i Nowy Jork. I mówię poważnie. Przed 25 rokiem życia odwiedzę te 3 miasta. I mam nadzieję, że nie tylko te.
Mam dość siedzenia w miejscu i czekaniu na to co życie przyniesie. Jak byłam z Lukasem wszystko było stateczne. Miałam plan i trzymałam się go. Ale jeden sms wszystko zmienił. Nie mogę trzymać się kurczowo jednego scenariusza. Dlatego postanowiłam rzucić się w wir przygody. A co będzie to będzie. W końcu mam niecałe 20 lat, nie 50 :) Studia też planuję. Naturalnie, nadal trzymam się medycyny. Ale dałam sobie czas. Wykształcenie? Poważna praca? Miłość? I na te kwestie przyjdzie pora. Póki co żyję i nie patrzę wstecz ani zbyt daleko w przyszłość.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
poniedziałek, 9 lipca 2012
Crazy driver bez prawka i żelastwa na zębach -.-
Nikt tak nie odkłada wyjazdu do Niemiec, gwarantuję wam. Wszystko nagle jest istotne tylko nie ustalenie daty i kupienie biletu.
I faktycznie może mi to na dobre wychodzi bo załatwiłam lekarza, wykastrowałam Kota i przede wszystkim ściągnęłam po ponad 4 latach aparat z zębów.
Już dawno nie byłam tak szczęśliwa. Chodzę tylko i szczerzę się do witryn sklepowych, które odbijają mój nie-żelazny uśmiech. Co prawda moje ząbki wymagają leczenia - rany boskie, ależ musiałam dość blado wyglądać kiedy ortodontka wymieniała po kolei: próchnica, kamień, próchnica, kamień, ubytek, ubytek, ubytek - i wybielania (tak to prawda, że od kawy żółkną zęby, teraz to widzę), ale mimo wszystko jestem przeszczęśliwa, że prostowanie góry mam za sobą.
Aczkolwiek to wcale nie koniec wizyt u ortodonty...
W czwartek o 17.00 mam swój setny egzamin na prawo jazdy. Na samą myśl, żołądek przewraca mi się o 180 stopni, na czole występuję krople potu, a po plecach przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz. Nie wiem co jest gorsze przebieg tego egzaminu czy chroniczne oblewanie go. Prawdę mówiąc ostatnim razem jak oblałam to poczułam ulgę, bo przynajmniej mogłam wyjść z tego auta, trzasnąć drzwiami i uciec gdzie pieprz rośnie z dala od tego stresu. Poważnie.
I zastanawiam się czy kiedykolwiek uda mi się poczuć za kierownicą pewnie.
I faktycznie może mi to na dobre wychodzi bo załatwiłam lekarza, wykastrowałam Kota i przede wszystkim ściągnęłam po ponad 4 latach aparat z zębów.
Już dawno nie byłam tak szczęśliwa. Chodzę tylko i szczerzę się do witryn sklepowych, które odbijają mój nie-żelazny uśmiech. Co prawda moje ząbki wymagają leczenia - rany boskie, ależ musiałam dość blado wyglądać kiedy ortodontka wymieniała po kolei: próchnica, kamień, próchnica, kamień, ubytek, ubytek, ubytek - i wybielania (tak to prawda, że od kawy żółkną zęby, teraz to widzę), ale mimo wszystko jestem przeszczęśliwa, że prostowanie góry mam za sobą.
Aczkolwiek to wcale nie koniec wizyt u ortodonty...
W czwartek o 17.00 mam swój setny egzamin na prawo jazdy. Na samą myśl, żołądek przewraca mi się o 180 stopni, na czole występuję krople potu, a po plecach przechodzi mnie nieprzyjemny dreszcz. Nie wiem co jest gorsze przebieg tego egzaminu czy chroniczne oblewanie go. Prawdę mówiąc ostatnim razem jak oblałam to poczułam ulgę, bo przynajmniej mogłam wyjść z tego auta, trzasnąć drzwiami i uciec gdzie pieprz rośnie z dala od tego stresu. Poważnie.
I zastanawiam się czy kiedykolwiek uda mi się poczuć za kierownicą pewnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)