Wedle obietnicy dodaje
kolejny part mojej "opowiastki".
Dla przypomnienia, jak w
moich ulubionych serialach : PREVIOUSLY ON "Be careful...": (kliknij by przeczytać cały part 1)
Znudzona swoim statecznym
życiem postanawiam rzucić się w wir przygody i wyjeżdżam do Krakowa do liceum.
Na miejscu mieszkam w bursie, w trzyosobowym pokoju z Kasią-Matematyczką i
Niedosłyszącą-Sylwią. Ta część rusza w dzień rozpoczęcia roku szkolnego...
Part.
2 "Zachłyśnięta snem, który się ziścił”.
Rano stwierdziłam, że
wyjadę 1,5 godziny wcześniej przed rozpoczęciem co da mi czas na ewentualne
zgubienie się, odnalezienie na nowo i przede wszystkim znalezienie drogi z
przystanku do szkoły. Wstałam już o 6, ubrałam się i czekałam na łóżku aż
wybije godzina w której powinnam wyjść z domu na autobus. W tym momencie ktoś 3
razy zapukał i bez oczekiwania na odpowiedź do mojego pokoju wpadła zdyszana
Magda. Wspomniana dziewczyna która była z tej samej klasy co ja. Spytała
"Możemy razem jechać? Będzie raźniej..." - oczywiście przystałam na
tą propozycję, mimo, że jak się okazało Magda też nie ma pojęcia jak dojść do
naszej szkoły. Pamiętam jak dziś jak w końcu wyszłyśmy razem, weszłyśmy do autobusu
124, całą drogę rozmawiałyśmy o tym co nas tu sprowadza i potem w końcu po 40
minutach krążenia w butach na obcasie znalazłyśmy nasze nowe licem.

Weszłyśmy do sali
gimnastycznej gdzie wisiały wielkie litery oznaczające nazwy naszego oddziału.
Widziałam Kasię moją współlokatorkę, która stała pod H. Swoją drogą nawet nie
pomyślałam o tym by ją spytać jak dojść do liceum, czy ewentualnie nawet z nią
tam pojechać. Nie było chemii między nami. My z Magdą stanęłyśmy pod F, gdzie
zebrana była już dość spora grupka. Pamiętam doskonale, że przede mną stała
dość potężna dziewczyna o bardzo ciepłych oczach Kolaska, która potem była moją
dość dobrą koleżanką, mimo, że teraz kontakt się całkiem urwał. Za nią stała
dziewczyna z bordowymi końcówkami włosów, buntownica o pewnym siebie
spojrzeniu, która wydała mi się mega wredna. Co się potem okazało, pewne miała
tylko spojrzenie, bo straszna z niej panikara, końcówki z czasem się sprały,
ale sama w sobie Kaka była cholernie sympatyczna. Mimo, że zakręcona i dziwna.
Pozory mylą, zresztą ona też opacznie mnie oceniła. Widziała we mnie straszną
kujonkę z prowincji. A jak by nie było moje miasto prowincją nie jest i kujonką
nigdy nie byłam i raczej nie będę. Kaka dziś jest moim jedynym połączeniem z
przeszłością i liceum. Uwielbiam ją, za jej odmienność. Mimo, że nasza przyjaźń
nigdy nie była akceptowana przez Luka (który w tym momencie opowieści był kimś
pomiędzy przyjacielem, a chłopakiem) to do dziś utrzymujemy kontakt i fajnie
jest czasem porozmawiać z kimś, kto w sumie jako jedyny rozumiał mnie przez
całe liceum. Gdzieś z boku stał chłopak z włosami na żel jak jeżyk i uwierzcie
- zwątpiłam. Wydawało mi się, że do dobrego liceum nie idą tacy ludzie - wiem,
wiem, byłam okropna i stronnicza i oceniałam ludzi po wyglądzie. Młoda, głupia
byłam. Okazało się, że chłopak - Igor - żel z włosów zmył już drugiego dnia
(choć potem przez 3 kolejne lata przeszedł przez wszystko na tej głowie!) i
okazał się całkiem babski, ale sympatyczny i zabawny. Choć mega wredny i
irytujący. Stałam z Magdą i zgadywałyśmy kto będzie naszą wychowawczynią gdy
podszedł do nas chłopak z naprawdę śmiesznym wschodnim akcentem i w ciągu 5
minut ciągłej paplaniny opisał prawie cały swój życiorys łącznie z tym, że
myślał, że rozpoczęcie jest na 7 rano i że siedzi tu już 3 godziny ponad, a
także jest to pierwszy raz kiedy w ogóle jest w tym budynku bo szkołę załatwiał
mu brat. I w ten sposób poznałam Cubusa. Była też Lidia. Wysoka, o ciekawej
nietuzinkowej urodzie i wyglądzie kujona. Bardzo ambitna i bardzo ładna. W tym
wypadku wygląd nie kłamał. Lidzia była kujonką, ale w pozytywnym sensie. Była
sumienna i systematyczna, a do tego sympatyczna. Połączenie idealne. I mimo, że
nie zawsze się zgadzałyśmy była też dość ważnym pierwiastkiem mojej przygody
(choć oczywiście nie ma żadnych wątpliwości, że najważniejszym pierwiastkiem
był Luke, a najważniejszym związkiem - jak już tak chemicznie rozmawiamy - był
mój związek z nim). Z Magdą mimo, że na początku się zżyłam, to z czasem
oddaliłam się od niej dość znacząco. Głównie dlatego, że miałyśmy inne
podejście do życia, inny gust, inne towarzystwo i generalnie byłyśmy jak dwa
przeciwne bieguny. I mimo, że nigdy tak naprawdę nie nazwałyśmy tego po imieniu
to myślę, że po 3 miesiącach dość intensywnej znajomości zerwałyśmy ze sobą. I
w zasadzie przez te 3 lata takim dość stałym składem mojej szkolnej podróży
byli Kolasa, Kaka, Igor, Cubus i Lidzia.

W zasadzie chyba właśnie w takim składzie poszliśmy na rynek „lepiej się poznać”
pierwszego dnia po rozpoczęciu. Choć był z nami ktoś jeszcze. Pewnie jakaś
Dominika, albo Andżelika – ale to nieważne, bo nawet jeśli ktoś jeszcze był to
była to raczej osoba z grona ludzi, których można włożyć do szufladki „rozmawiałem
z osobą krócej niż 15 minut”. To dziwne jak niewielki procent ludzi z ponad
30-osobowej klasy odbił jakikolwiek ślad w moim życiu. Dla mnie szokiem było,
że z mojej nowej szkoły na Rynek był rzut beretu. Byłam zachwycona! Pamiętam,
że wrzesień tamtego roku rozpieszczał nas pięknym słońcem, kolorami jesieni i
wysokimi temperaturami, więc jeszcze wiele popołudni spędzałam z Magdą, w
grupie, lub sama na bulwarach wiślanych każdego jednego dnia odkrywając jaką
szczęściarą jestem. Utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że ten wyjazd to
najlepsza rzecz jaka mi się przytrafiła. Niemal oddychałam Krakowem. Żyłam nim.
Budziłam się skoro świt i aż do zmierzchu próbowałam wchłonąć jak najwięcej tej
radości. I nie przesadzam. Naprawdę tak było. Mimo, że zawiodłam się nieco, bo
w mojej dziewczęcej główce wtedy ważną składową mojego wskaźnika szczęścia był
Luke, a byłam przekonana, że moja przeprowadzka do Krakowa miała być przypieczętowaniem
tego związku. Ale nie była. W zasadzie aż do lutego kolejnego roku nie potrafiliśmy
zdefiniować charakteru naszego związku. Ale o tym kiedy indziej.

Dni mijały w przeciwieństwie
do mojego zauroczenia Krakowem, które każdego dnia było coraz silniejsze! Nie
spędzałam jednak dużo czasu w bursie. Starałam się wręcz spędzać tam jak
najmniej czasu. Kasia-Matematyczka w zasadzie niewiele mówiła. Ciężko było
wyciągnąć z niej coś więcej niż odpowiedzi na pytanie proste. Ale cisza mi nie
przeszkadzała. Wręcz przeciwnie. Bo Niedosłysząca-Sylwia nie dość, że głośna,
to jeszcze irytująca. Zadawała milion pytań i wszystko chciała wiedzieć. Była
nieznośna! Ale była w porządku (przynajmniej tak mi się wydawało). Dopóki nie
ustawiła sobie na budzik piosenki Lady Gaga „Paparazzi”. Naturalnie jako osoba
niedosłysząca Sylwia nie słyszała także swojego budzika. Więc zrelaksujcie się,
wyobraźcie sobie, że słodko śpicie i nagle odzywa się nie wasz budzik.
Mieszkałyśmy w bursianej wspólnocie więc nie był to problem i wiedziałam, że
może tak się zdarzyć. I w przypadku normalnej osoby, budzik zostałby wyłączony,
a ja wróciłabym w objęcia Morfeusza później nawet nieświadoma, że coś przerwało
mój sen. Jednak w przypadku Sylwii Lady Gada śpiewała, i śpiewała. I otwierałam
jedno oko i słyszałam „Papa paparazzi… nnananaananananananaa Do you love me? Papa
paparazzi…!” i tak przez 3 i pół minuty, do końca piosenki. I cisza trwała
przez 10 minut drzemki, która włączała się automatycznie przez niewyłączenie
budzika. W tym czasie drzemałam tylko po to by znów usłyszeć „Papa paparatzzi…nanananaanananaaanaa
until you love me… papa paparazzi”. Pierwsze parę razów było to nawet zabawne.
Ale czasem ta piosenka leciała 5-6 razy z 10 minutową przerwą pomiędzy 3,5
minutowym występem. W dni kiedy miałyśmy wszystkie na podobną godzinę jej
budzik nie stanowił problemu. Jednak w dni, kiedy ja miałam na 11, a ona na
7:30 miałam ochotę ją zabić. Zawsze miałam pod ręką coś niepozornego, czym
można byłoby w nią rzucić, żeby się ocknęła. I oczywiście rozmawiałam z nią na
ten temat, ale ona kocha tą piosenkę i nie może wstawać do niczego innego. Tak
więc Lady Gagi od tamtego okresu czasu mam po dziurki w nosie i jak słyszę
piosenkę „Paparazzi” to mam ochotę wyrzucić radio przez okno! Aż mnie trzęsie
mimo, że minęło już sporo czasu i można by przypuszczać, że mi już przejdzie…
Ale nie. Nie minęło. I Sylwia ostatecznie zmieniła piosenkę na dzwonek w drugim semestrze. Na "Just Dance" także Gagi. I nie muszę wyjaśniać jak wyglądały moje poranki od tamtej pory...

Co było nie tak z Kasią? I dlaczego uciekałam z bursy? Oraz dlaczego jeździłam raz w tygodniu na popołudnia w okolice Nowego Sącza?
O tym w następną sobotę.
A ja tymczasem biorę się za ćwiczenia i po południu idę korzystać z uroków pięknego słonecznego dnia i wybieram się na długi spacer do lasu z Metą.