Każdy z nas ma jakiś plan. Bardziej lub
mniej sprecyzowany. Dostać się na studia, napisać licencjat, wyjechać
do ciepłych krajów na wakacje, znaleźć pracę czy zacząć w końcu ćwiczyć
regularnie. Zastanawia mnie dlaczego jedyną rzeczą, którą większość
ludzi potrafi robić regularnie przekładanie tych rzeczy na "później".
"Później" niestety jest bliżej nieokreśloną jednostką w czasie, ponieważ
może oznaczać "za pięć minut", a może oznaczać "za pięć lat".
Niejednokrotnie na nasze nieszczęście "później" znaczy "nigdy".
I o ile w przypadku pisania pracy czy pójściu na studia mogą działać na nas motywująco goniące nas terminy, wiek (bo przecież większość ludzi na studia rusza zaraz po maturze, taka kolej rzeczy), tak w przypadku regularnych ćwiczeń, czy dążenia do spełnienia swoich mniejszych i większych marzeń jedynymi motywatorami jesteśmy my sami.
Dlaczego więc odkładamy to na później?
Wiem, że teraz powinnam podesłać jakąś niesamowicie motywującą myśl odpowiadającą na to pytanie ale nie mam zielonego pojęcia jak brzmi poprawna odpowiedź. Może nawet nie istnieje. Nie wiem. Sama jestem niekwestionowaną mistrzynią przekładania rzeczy na później. Potrafię przełożyć wszystko od pójścia na studia, przez podróże po malowanie paznokci. Mimo tego, że nie zjadłam wszystkich rozumów świata i może nie znam odpowiedzi na wiele pytań, zastanawia mnie nadal dlaczego odkładamy rzeczy do zrobienia na później?
Wydaje mi się, że ma to dużo wspólnego z lękiem. Boimy się porażki. Boimy się, że nie poradzimy sobie na studiach, że trafimy na oszukane wakacje za granicą, że nie osiągniemy wymarzonych efektów ćwiczeń, a zamiast tego tylko się spocimy. Boimy się odrzucenia. Bo przecież promotor może nas odsyłać w tą i z powrotem aż do terminu ostatecznego kiedy to ma zapaść wyrok. Bo przecież jeśli odsłonimy swoje uczucia przed kimś kogo lubimy możemy dostać kosza. Boimy się bólu. Bo niektóre rzeczy, które odkładamy same w sobie nas przerażają. Ale czy to ma sens?
Niektóre decyzję odkładamy bo mogą być wielkim krokiem w przód, albo jeszcze większym upadkiem w tył. Boimy się bo "co się stało to się nie odstanie". Nasz strach przejmuje więc ster naszego życia i podejmuje za nas decyzje. Bo tak jak mówiłam "później" niejednokrotnie znaczy "nigdy".
Czy powinniśmy zatem ryzykować i robić wszystko zgodnie z terminem?
Czy odkładanie rzeczy na później jest rozwiązaniem?
Jeśli nie teraz to kiedy?
Przecież mamy tylko jedno życie. Czas płynie nieubłaganie i na niektóre rzeczy na prawdę "później" może być "za późno".
Co jeśli zrobimy coś i nie będziemy w stanie tego "odkręcić"?
Nie jestem typem ryzykantki. Ale mimo wszystko kiedy czytam te pytania zamiast strachu czuję ekscytacje. Bo jeśli nie teraz to kiedy? To pytanie wypala mi dziurę w mózgu.
Więc może warto uciszyć wewnętrzne lęki i dać się ponieść chwili? Nie trzeba wszystkiego robić na raz, ale nie warto też wszystkiego odkładać. Bo lęk nie minie sam z siebie, jego trzeba się pozbyć, obojętnie czy przez zasłonięcie mu oczu, czy przez skonfrontowanie się z nim.
Ja na każdy dzień mam karteczkę z rzeczami, które muszę zrobić. Tak, tak, mówiąc o nieprzekładaniu rzeczy na później nie mówiłam tylko o dalekosiężnych planach i marzeniach, ale także o lękach dnia codziennego. I patrząc na te karteczki, które pałętają mi się po torbach i notatnikach stwierdzam, że moja wydajność jest ... mało wydajna. Większość rzeczy jest przełożona, i tylko niewielki procent jest faktycznie "odhaczony" . I to zamierzam zmienić. A jak? Jeszcze nie wiem. Ale jak się dowiem na pewno o tym napiszę.
Tak więc biorę niebieską karteczkę przeznaczoną na środę i zabieram się za "odhaczanie" czynności na niej wypisanych! Łącznie z malowaniem paznokci, ale to po wyrabianiu ciasta na chałkę, w końcu nikt nie chce posmaku lakieru w drożdżowym wypieku :)
A jak u was z wydajnością? Jak z odkładaniem rzeczy na później? Działacie pod wpływem chwili czy "później" jest często używanym przez was określeniem?
środa, 27 lutego 2013
sobota, 23 lutego 2013
Be careful what you wish for... czyli moja wielka życiowa podróż. part. 1
Wróciłam wczoraj z pracy wypompowana niczym dziurawa opona. Nie wiem czy był to wynik tego jak bardzo zdenerwowała mnie Emilie jedna z dziewczynek, którymi się opiekuję, czy fakt, że spędziłam tam 10 godzin, czy po prostu po 12 dniach bez dnia wolnego miałam już dość. Nie wiem i nie jest to istotne. Istotne wczoraj było to, że praktycznie zasnęłam na odcinku "Friends". Nigdy mi się to nie zdarzyło, mimo, że oglądam ten serial chyba już trzeci albo czwarty raz. I fakt ocknęłam się po paru minutach zawieszenia, ale nie miałam pojęcia o czym jest odcinek. Więc wyłączyłam komputer i poszłam spać. I spałam 11 godzin. Co ciekawe nadal jestem niewyspana. Ale mniejsza o to. Zaraz pobudzę mój umysł wysiłkiem fizycznym.
Ale nie o tym dzisiaj chciałam. Ten temat zaprzątał mi głowę już dość długi czas i w końcu dam upust tym myślom nagromadzonym pod moim przemęczonym globusem. Zatem zapraszam na część pierwszą serii "Be careful what you wish for...czyli moja wielka życiowa podróż - od Bytomia do Kolonii". Chciałam napisać po prostupost "Be careful what you wish for" ale żeby wytłumaczyć o co tak naprawdę mi chodzi, potrzeba zdecydowanie więcej niż jednego postu, dlatego postaram się najpierw przybliżyć moją historię od Bytomia do Kolonii przez Kraków, a potem podsumuję wszystko i wytłumaczę dlaczego post nazywa się "uważaj czego sobie życzysz". Całość jest dość spontanicznym pomysłem, ale mam nadzieję, że uda mi się ukulać z tego spójną całość. I chciałabym też zaznaczyć, że pominę podczas tej opowieści dość istotne dla mojego życia wątki miłosne związane z Luke'm, tylko dlatego, że to zbyt skomplikowane, zbyt prywatne i generalnie zbyt pokręcone, żeby opisać i ogarnąć. Poza tym zrobiłby się z tego harlequin wielkości przynajmniej jednego tomu encyklopedii powszechnej, więc żałóżmy, że Luke po prostu pojawi się gdzieś i wstrzeli w historię bez zbędnych ceregieli i opisów :)
Podchodziłam do okna, a tam bloki, które znałam na pamięć, twarze przeszłości i teraźniejszości, bez żadnych sygnałów przyszłości. Byłam niczym zawieszona w czasie. Moja choroba (o tym kiedy indziej) i fakt, że zostawałam w domu dużo częściej niż przeciętny uczeń potęgowały tylko poczucie wyobcowania i z czasem nie wiedziałam już nawet co jest prawdziwe, a co wymyśliłam sobie w głowie. Strasznie mi to doskwierało. Trochę jakbym tkwiła w jakiś ruchomych piaskach, które pochłaniały mnie z czasem. I w końcu razem z zakończeniem gimnazjum, niedługo po 16 urodzinach rodzice ulegli mi (biedna, chora Maja) i pozwolili mi wyjechać do Krakowa do liceum. Marzenie się spełniło. Byłam taka podekscytowana moją pierwszą w życiu przeprowadzką, że niemal tańczyłam w miejscu. Całe wakacje planowałam co będę robić, jakie miejsca odwiedzać, co zabiorę ze sobą, a co zostawię na miejscu w domu. Moje marzenie się ziściło.
Miałam mieszkać w bursie (coś jak internat) na Ułanów. Co to były za emocje. Przeddzień wyjazdu, pakowanie, walizki, pościele, pluszaki bez których żadna przeprowadzka nie mogła się odbyć, nowy laptop i albumy ze zdjęciami na chwilę słabości. Impreza pożegnalna z moimi przyjaciółkami, które choć nie rozumiały mojej decyzji do ostatniej chwili wspierały mnie i kibicowały mojej wielkiej przygodzie. W przedostatni dzień wakacji pojechaliśmy do Krakowa. Już na starcie pojawiły się problemy. Ktoś zadzwonił w imieniu mojego taty i powiedział, że "mam zapewnione inne miejsce zameldowania" więc ktoś inny zajął moje miejsce w bursie (wbrew pozorom o miejsce w bursie,internacie czy akademiku dość trudno w takim zatłoczonym mieście jak Kraków). Całe szczęście sprawa dość szybko się wyjaśniła i ostatecznie dostałam moje miejsce z powrotem. Najwyraźniej ktoś chciał wyciąć mi mało zabawny żart.
W końcu mamusia popłakała, tata posmutniał, mi się też łezka w oku zakręciła ale zostałam sama. Z dwoma nowymi koleżankami. Miałam nadzieję nawiązać nowe bursiane przyjaźnie, aczkolwiek obsada mojego pokoju trochę mnie przeraziła. Siedziałam na łóżku, gdy do pokoju weszła Sylwia ze swoją mamą. Sylwia niedosłyszała. I to jeszcze nie był problem, broń Boże. Mimo, że była troszkę dziwna stwierdziłam, że może się rozkręci, w końcu dla wszystkich to nowa sytuacja. Choć dla niej to już był drugi rok w tej bursie. Drugą współlokatorką bursianą była Kasia. Matematyczka, coś pomiędzy gotką a metalem, która do pokoju niczym nietoperz weszła zamiatając podłogę swoim skórzanym czarnym płaszczem do ziemi. I znów - absolutnie nie mam nic do do tych subkultur, ani do matematyki, ale dziewczyna była bardzo zamknięta, cicha więc też pomyślałam, że po prostu potrzebuje rozkręcenia. Pogadałyśmy wieczorem i nic nie wskazywało na to, żebyśmy zostały najlepszymi przyjaciółkami, ale też nie było tragedii. Przynajmniej do czasu. Ale o tym kiedy indziej.
Z Kasią chodziłam do jednej szkoły i wiedziałam, że gdzieś w Bursie jest jeszcze ktoś z mojej klasy. Ale nie wiedziałam jak wygląda ani gdzie jej szukać, więc stwierdziłam, że rano w dzień rozpoczęcia sama będę musiała poradzić sobie ze znalezieniem szkoły. Mimo, że byłam tam tylko raz gdy składałam papiery, a Kraków znałam jedynie ze strony "Dworzec Główny PKP - Galeria Krakowska", wiedziałam też mniej więcej jak dostać się na Rynek Główny z Galerii. Ale nic poza tym. Nie wiedziałam jak działają automaty biletowe, nie miałam Karty Miejskiej, nie wiedziałam gdzie wysiąść z autobusu, ani nawet jak z przystanku dojść do szkoły.
Czy dałam radę? Co było dalej i do czego zmierzam? O tym napiszę już w następnej części.
Boże trochę jak w tandetnej operze mydlanej :) Ale to dopiero początek. Uwierzcie, gdy opiszę przynajmniej część moich przygód z współlokatorkami, częstą zmianą noclegu, czy historię podróży mojego Goldena Retrivera z Krakowa do Katowic to będziecie się tarzać ze śmiechu pod biurkami. Bo na prawdę ja na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie. Mimo, że wtedy te sprawy nie były śmieszne, bo to była moja rzeczywistość...
Ps: Kolejne części tego gniota pojawiać się będą co sobotę, bo tylko wtedy mam wystarczającą ilość czasu do pisania. A międzyczasie w tygodniu nadal zamierzam zanudzać was swoim uzewnętrznianiem :)
Ale nie o tym dzisiaj chciałam. Ten temat zaprzątał mi głowę już dość długi czas i w końcu dam upust tym myślom nagromadzonym pod moim przemęczonym globusem. Zatem zapraszam na część pierwszą serii "Be careful what you wish for...czyli moja wielka życiowa podróż - od Bytomia do Kolonii". Chciałam napisać po prostupost "Be careful what you wish for" ale żeby wytłumaczyć o co tak naprawdę mi chodzi, potrzeba zdecydowanie więcej niż jednego postu, dlatego postaram się najpierw przybliżyć moją historię od Bytomia do Kolonii przez Kraków, a potem podsumuję wszystko i wytłumaczę dlaczego post nazywa się "uważaj czego sobie życzysz". Całość jest dość spontanicznym pomysłem, ale mam nadzieję, że uda mi się ukulać z tego spójną całość. I chciałabym też zaznaczyć, że pominę podczas tej opowieści dość istotne dla mojego życia wątki miłosne związane z Luke'm, tylko dlatego, że to zbyt skomplikowane, zbyt prywatne i generalnie zbyt pokręcone, żeby opisać i ogarnąć. Poza tym zrobiłby się z tego harlequin wielkości przynajmniej jednego tomu encyklopedii powszechnej, więc żałóżmy, że Luke po prostu pojawi się gdzieś i wstrzeli w historię bez zbędnych ceregieli i opisów :)
Part. 1 "Wszędzie byle nie tu."
Kiedy miałam 14-15 lat moim największym marzeniem było wyrwać się z dziury jaką było moje rodzinne miasto. Oglądałam seriale i filmy, w którym nastolatkowe przeprowadzali się wielokrotnie, wszędzie zaczynali od nowa i mimo, że na początku byli traktowani jak frajerzy ostatecznie wszyscy ich lubili i odnajdywali szczęście w nowym miejscu. Też tak chciałam. "15 lat życia w jednym mieszkaniu, w jednym mieście, te same twarze, te same miejsca... to nie życie" - myślałam. Miałam wrażenie, że duszę się w tym miejscu. Podchodziłam do okna, a tam bloki, które znałam na pamięć, twarze przeszłości i teraźniejszości, bez żadnych sygnałów przyszłości. Byłam niczym zawieszona w czasie. Moja choroba (o tym kiedy indziej) i fakt, że zostawałam w domu dużo częściej niż przeciętny uczeń potęgowały tylko poczucie wyobcowania i z czasem nie wiedziałam już nawet co jest prawdziwe, a co wymyśliłam sobie w głowie. Strasznie mi to doskwierało. Trochę jakbym tkwiła w jakiś ruchomych piaskach, które pochłaniały mnie z czasem. I w końcu razem z zakończeniem gimnazjum, niedługo po 16 urodzinach rodzice ulegli mi (biedna, chora Maja) i pozwolili mi wyjechać do Krakowa do liceum. Marzenie się spełniło. Byłam taka podekscytowana moją pierwszą w życiu przeprowadzką, że niemal tańczyłam w miejscu. Całe wakacje planowałam co będę robić, jakie miejsca odwiedzać, co zabiorę ze sobą, a co zostawię na miejscu w domu. Moje marzenie się ziściło.
Miałam mieszkać w bursie (coś jak internat) na Ułanów. Co to były za emocje. Przeddzień wyjazdu, pakowanie, walizki, pościele, pluszaki bez których żadna przeprowadzka nie mogła się odbyć, nowy laptop i albumy ze zdjęciami na chwilę słabości. Impreza pożegnalna z moimi przyjaciółkami, które choć nie rozumiały mojej decyzji do ostatniej chwili wspierały mnie i kibicowały mojej wielkiej przygodzie. W przedostatni dzień wakacji pojechaliśmy do Krakowa. Już na starcie pojawiły się problemy. Ktoś zadzwonił w imieniu mojego taty i powiedział, że "mam zapewnione inne miejsce zameldowania" więc ktoś inny zajął moje miejsce w bursie (wbrew pozorom o miejsce w bursie,internacie czy akademiku dość trudno w takim zatłoczonym mieście jak Kraków). Całe szczęście sprawa dość szybko się wyjaśniła i ostatecznie dostałam moje miejsce z powrotem. Najwyraźniej ktoś chciał wyciąć mi mało zabawny żart.
W końcu mamusia popłakała, tata posmutniał, mi się też łezka w oku zakręciła ale zostałam sama. Z dwoma nowymi koleżankami. Miałam nadzieję nawiązać nowe bursiane przyjaźnie, aczkolwiek obsada mojego pokoju trochę mnie przeraziła. Siedziałam na łóżku, gdy do pokoju weszła Sylwia ze swoją mamą. Sylwia niedosłyszała. I to jeszcze nie był problem, broń Boże. Mimo, że była troszkę dziwna stwierdziłam, że może się rozkręci, w końcu dla wszystkich to nowa sytuacja. Choć dla niej to już był drugi rok w tej bursie. Drugą współlokatorką bursianą była Kasia. Matematyczka, coś pomiędzy gotką a metalem, która do pokoju niczym nietoperz weszła zamiatając podłogę swoim skórzanym czarnym płaszczem do ziemi. I znów - absolutnie nie mam nic do do tych subkultur, ani do matematyki, ale dziewczyna była bardzo zamknięta, cicha więc też pomyślałam, że po prostu potrzebuje rozkręcenia. Pogadałyśmy wieczorem i nic nie wskazywało na to, żebyśmy zostały najlepszymi przyjaciółkami, ale też nie było tragedii. Przynajmniej do czasu. Ale o tym kiedy indziej.
Z Kasią chodziłam do jednej szkoły i wiedziałam, że gdzieś w Bursie jest jeszcze ktoś z mojej klasy. Ale nie wiedziałam jak wygląda ani gdzie jej szukać, więc stwierdziłam, że rano w dzień rozpoczęcia sama będę musiała poradzić sobie ze znalezieniem szkoły. Mimo, że byłam tam tylko raz gdy składałam papiery, a Kraków znałam jedynie ze strony "Dworzec Główny PKP - Galeria Krakowska", wiedziałam też mniej więcej jak dostać się na Rynek Główny z Galerii. Ale nic poza tym. Nie wiedziałam jak działają automaty biletowe, nie miałam Karty Miejskiej, nie wiedziałam gdzie wysiąść z autobusu, ani nawet jak z przystanku dojść do szkoły.
Czy dałam radę? Co było dalej i do czego zmierzam? O tym napiszę już w następnej części.
Boże trochę jak w tandetnej operze mydlanej :) Ale to dopiero początek. Uwierzcie, gdy opiszę przynajmniej część moich przygód z współlokatorkami, częstą zmianą noclegu, czy historię podróży mojego Goldena Retrivera z Krakowa do Katowic to będziecie się tarzać ze śmiechu pod biurkami. Bo na prawdę ja na samą myśl o tym uśmiecham się do siebie. Mimo, że wtedy te sprawy nie były śmieszne, bo to była moja rzeczywistość...
Ps: Kolejne części tego gniota pojawiać się będą co sobotę, bo tylko wtedy mam wystarczającą ilość czasu do pisania. A międzyczasie w tygodniu nadal zamierzam zanudzać was swoim uzewnętrznianiem :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)